Są tacy bohaterowie, którzy powinni występować w dwupakach, bo inaczej coś nie gra, nie żre i nie styka. Sherlock Holmes bez Johna Watsona zasadniczo nie ma sensu, jak Flip bez Flapa i fish bez chipsa. Ponieważ jednak Underground Toys, nie wiedzieć czemu, wypuściło na rynek tylko figurkę Sherlocka, trzeba było wziąć sprawy w swoje ręce. I wzięłam - udłubałam sobie własnego Johna, popełniając tym samym pierwszy (no dobra - pierwszy w miarę udany) figurkowy custom w życiu.
Oto John. John Watson.
Podczas powstawania Johna ucierpiały trzy figurki. O te:
Czarny auton dał ciała. Mistrz dał włosów i kurtki. A Bilbo Baggins dał buzi.
Historia powstawania Johna jest krwawa i dramatyczna. Występują w niej odcięte głowy, wyrwane z pleców wdzianka i zdarte skalpy. Musiałam użyć zdrowej dawki przemocy. I noża. I zestawu dłut. Oraz kleju do sklejania promów kosmicznych.
Dziełu zniszczenia przyglądał się zadumany Sherlock z płaszczem łopoczącym na wietrze.
Pojawili się także, gościnnie oraz od czapy, niezależni eksperci w swych latających maszynach.
- Seriously, Sherlock, WTF?
- The game is... something.
A potem z chaosu wyłonił się John. Cały na biało. W stosownym dla Johna stroju. Trochę jeszcze słaby.
O lasce.
Ze świeżą blizną na szyi i nieco zwichrzonym włosem.
Ale zdecydowanie podobny do siebie. Znaczy - do Martina Freemana (ale już mniej do Bilba).
Fish&Chips nareszcie w komplecie.
(Ale nie johnlock. Zabierzcie ode mnie johnlocki.)
c.d.n.