Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sherlock. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sherlock. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 22 stycznia 2018

Od Hello Kitty do Halo Groucho




Czyli historia pewnej kanapy. Która była różowa...


 


...ale już nie jest.

 


Kanapa nigdy by nie powstała, gdyby nie pomoc Dobrej Duszy, która umie szyć (ja nie umiem) i ze sztucznej skórki uszyła mi pokrowiec, dzięki któremu plastikowa sofa z domku Hello Kitty upodobniła się do modelu Halo Groucho z planu "Sherlocka". Poduszki (klejone) to już moje dzieło (kleić umiem). Sama zrobiłam też stolik kawowy z balsy. I kuferek, ale jego już pokazywałam.
Tak wygląda moja kanapa w towarzystwie serialowego pierwowzoru (zdjęcie po prawej - Google Maps).




Jak widać, jest ciemniejsza od oryginału, brakuje jej też nóżek - trochę się zagalopowałam przy wykańczaniu i zapomniałam zerknąć na zdjęcie... Chyba na razie nie będę zmieniać, boję się, że musiałaby nastąpić jakaś demolka, żeby można było te nóżki doczepić. Może kiedyś, jak mi się akurat załączy obsesyjno-kompulsywność i dążenie do niedoścignionych ideałów ;).





Na kanapie pozuje Sherlock w wersji "tu się zgina u pingwina". Czyli artykułowany. 


 

Głowa ta co zwykle, ciało eksperymentalnie podmienione na Figma Archetype He. Daje radę, aczkolwiek jest zdecydowanie za bardzo umięśnione. Popróbuję jeszcze z ciałem SH Figuarts, ale ono z kolei może okazać się za wysokie.

Na deser Sherlock nieprzyzwoity, odmawiający interakcji.




c.d.n.












niedziela, 24 grudnia 2017

Święta na Baker Street

John i Sherlock życzą Wesołych Świąt! Ja też :).



 Zdjęcia robione zimniokiem (a może nie tyle zimniokiem, co zimą po ćmoku), ale liczą się intencje, nieprawdaż :D.





czwartek, 23 listopada 2017

Nowości u Sherlocka

Trochę się pozmieniało przy Baker Street. Przede wszystkim - upgrade'owałam kominek. Ma teraz prawdziwe kafle (z tekturki malowanej wiśniowym lakierem do paznokci). I okucia - już nie z taśmy izolacyjnej, tylko z tłoczonego fimo. Przedstawia się tak:


Chyba jest teraz podobniejszy do oryginału:



Tak jak planowałam, zrobiłam też drugie podejście do taksydermii. Ulepiłam mumijkę nietoperza z fimo i pokryłam go flockiem, żeby był puchaty. To oficjalnie najmniejsza rzecz z fimo, jaką w życiu zrobiłam - nietoperz (bez skrzydeł) ma jakieś 5 mm długości. Jestę hardcorem.




Z fimo wyprodukowałam też  figurkę żołnierza Terakotowej Armii. Tu jeszcze w trakcie produkcji:



 A tu już na kominku, wypieczony i postarzony pastelami:



A potem przeszłam na drugą stronę sherlocznego pokoju i zrobiłam kufer z kufra. To znaczy ten po lewej (Hello Kitty) okleiłam skóropodobną tapetą, dałam trochę złotej farby i tak powstał ten po prawej.



A jednego mebelka nie zrobiłam, tylko kupiłam. Wiem, wstyd. Ale co poradzić, skoro natknęłam się na niemal idealną miniaturę mebla, który pojawia się na planie "Sherlocka"? Sami popatrzcie (fota po prawej - google maps)




To tak zwany barrister's shelf, czyli szafka prawnika, służąca do przechowywania akt. Dość szczególnie się ją otwiera - drzwiczki podnosi się do góry i wsuwa w mebel. I miniaturowa wersja ma tę opcję działającą :D


            
Na szafce telefon idealny - długo szukałam podobnego modelu, bo gdzie nie spojrzeć, albo smartfony, albo hard retro ebonity na korbkę. A potem znienacka natknęłam się na aukcję pewnego Brytyjczyka, który sprzedawał garść cudów w cenie całkiem reasonable - i ten telefon po prostu tam był.

Post chaotyczny jak niewiadomoco, ale tak ostatnio wygląda całe moje miniaturzenie. W każdym razie prace nad 221B postępują. W następnych odcinkach: lampa z lampy, stół z balsy, fotel za milion monet i jak zrobić bizonią czaszkę z biżu dla gota. Stay tuned.








sobota, 3 grudnia 2016

Przekładaniec

Są tacy bohaterowie, którzy powinni występować w dwupakach, bo inaczej coś nie gra, nie żre i nie styka. Sherlock Holmes bez Johna Watsona zasadniczo nie ma sensu, jak Flip bez Flapa i fish bez chipsa. Ponieważ jednak Underground Toys, nie wiedzieć czemu, wypuściło na rynek tylko figurkę Sherlocka, trzeba było wziąć sprawy w swoje ręce. I wzięłam - udłubałam sobie własnego Johna, popełniając tym samym pierwszy (no dobra - pierwszy w miarę udany) figurkowy custom w życiu.

Oto John. John Watson.


  


Podczas powstawania Johna ucierpiały trzy figurki. O te:






 
Czarny auton dał ciała. Mistrz dał włosów i kurtki. A Bilbo Baggins dał buzi.







Historia powstawania Johna jest krwawa i dramatyczna. Występują w niej odcięte głowy, wyrwane z pleców wdzianka i zdarte skalpy. Musiałam użyć zdrowej dawki przemocy. I noża. I zestawu dłut. Oraz kleju do sklejania promów kosmicznych.





Dziełu zniszczenia przyglądał się zadumany Sherlock z płaszczem łopoczącym na wietrze.





Pojawili się także, gościnnie oraz od czapy, niezależni eksperci w swych latających maszynach.








- Seriously, Sherlock, WTF? 
- The game is... something.



A potem z chaosu wyłonił się John. Cały na biało. W stosownym dla Johna stroju. Trochę jeszcze słaby.
O lasce.





Ze świeżą blizną na szyi i nieco zwichrzonym włosem.
Ale zdecydowanie podobny do siebie. Znaczy - do Martina Freemana (ale już mniej do Bilba).






Fish&Chips nareszcie w komplecie.
(Ale nie johnlock. Zabierzcie ode mnie johnlocki.)





c.d.n.

środa, 2 marca 2016

John Kosmata Stopa i jego fotel



Zrobiłam kolejny mebelek na Baker Street - fotel Johna.




"Zrobiłam" to może zresztą za duże słowo. Raczej przerobiłam gotowy fotelik, o taki:



Pochodził z chińskiego zestawu mebelków z Netto, był dość sympatyczny, ale to obicie w kwiaty niespecjalnie mi pasowało do jakiegokolwiek projektu - delikatnych romantycznych wnętrz raczej nie urządzam, nie moja bajka. Do przeróbki nadawał się idealnie. W Empiku kupiłam kawałek filcu bordo. Oryginalny fotel Johna nie jest wprawdzie całkiem gładki, ma jakieś wytłaczane kwiaty, ale kolor się mniej więcej zgadza. Materiał inny niż filc nie bardzo wchodził w rachubę ze względów technicznych.
Nową tapicerkę przykleiłam, bo szyć nie umiem ani trochę. Szycie wymaga robienia pomiarów. Mierzyć niby umiem, ale bardzo nie lubię. Zasadniczo w moich miniaturowych działaniach nie mierzę niczego, wszystko - łącznie z cięciem drewna - robię na oko, z nadzieją, że jakoś to będzie. I zwykle jest.
Całą akcję tapicerską przeprowadziłam, używając tylko nożyczek i kleju. Niczego nie mierzyłam, niczego nie liczyłam, cięłam i kleiłam na żywioł.

Praca w toku:



Odłupałam oryginalną podstawę fotela - była za wysoka, poza tym potrzebowałam nadać całości trochę inny kształt - fotel Johna musi sprawiać miękkiego i wysłużonego. Nową podstawę zrobiłam z wieczka od drewnianego kuferka. Zmieniłam też - przez naklejenie kilku warstw filcu - kształt podłokietników.




I gotowy fotel:



Dodałam jeszcze niezbędne akcesoria - kraciasty kocyk i poduszkę z Union Jackiem. Przy okazji zaliczyłam spektakularnego faila w dziedzinie transferu (skoro mądrzy ludzie w internetach piszą, że drukarka powinna być laserowa, to widocznie powinna). Dlatego chwilowo do zdjęcia pozuje biedapoduszka - Union Jack jest narysowany na płótnie zwykłymi flamastrami. Będę zmieniać.




A tu ideał, do którego dążyłam:


W zasadzie brakuje mi już tylko Johna.
Ale i na to znajdzie się sposób:



:)

piątek, 29 stycznia 2016

Mrs Hudson took my skull


Trochę mi to zajęło, ale było warto - Sherlock ma już swój kominek.


 


Starannie prześledziłam zdjęcia z planu, żeby rozkminić jego konstrukcję. Nieocenioną pomocą były strony Sherlockology i Constancecream, z których pochodzi większość nieminiaturkowych zdjęć w tym wpisie. Ale do odcinków serialu też zdarzało mi się zajrzeć po jakiś detal. 
   W sumie pierwszy raz robię taką odtwórczą pracę i - chociaż bardzo lubię w miniaturach  improwizować - dochodzę do wniosku, że wierne odwzorowywanie też ma swój urok. A już na pewno wymaga większej cierpliwości ;)

Pseudotutorial kominkowy:

Baza jest z wyszperanej w lumpeksie drewnianej szufladki. Takiej jak ta (tyle że bez uchwytu).




A tu już szufladka w towarzystwie elementów sosnowych i balsowych. Kawałki karbowanej tekturki będą zastąpione tą  listewką (? w sumie nie wiem, jak to nazwać) z wykałaczek, która już czeka na macie.




Cała drewniana konstrukcja gotowa, wszystkie elementy prowizorycznie przymocowane.


  


Te skośne listwy w kominku okleiłam później lustrzaną folią, żeby udawały blachę (bo, jak się dowiedziałam ze zdjęć na Constancecream - to jest blacha ;))

Kolejnym krokiem było zrobienie paleniska - obrąbałam skalpelem elektrycznego tealighta z Ikei i okleiłam go taśmą izolacyjną, (węgielki z balsy pomalowanej na czarno).




A potem stwierdziłam, że palenisko jest za wysokie, no i jak ja je będę włączać bez wyjmowania z kominka? Co doprowadziło mnie prostą drogą do wyrżnięcia dziury w szufladce. Tym sposobem kominek stał się pierwszym mebelkiem, przy którym użyłam mojego nowego Dremela :) (Dremel - cudo - temat na oddzielny post). 

Widok kominka od spodu - z już zamontowanym paleniskiem:


 



Cały kominek po złożeniu, sklejeniu i pomalowaniu dwoma odcieniami lakierobejcy. Kafelkowy front zrobiłam z tekturki i taśmy izolacyjnej (w rzeczywistości jest intensywniej czerwony, bliższy oryginałowi - tylko na zdjęciach wychodzi jakoś blado):




Oryginał:


 

Nieoryginał:





Aranżacja pośpieszna i tylko do zdjęcia - faktyczne wnętrze mojego 221B istnieje na razie tylko w formie tekturowego projektu bez większej urody. 
   Bucik, w którym Sherlock ukrywał papierosy, prawdopodobnie wymienię, tak samo chińską rzeźbę (w tej chwili udaje ją metalowa figurka huna). Jest jeszcze plastikowe lusterko (z plastrów Compeed, do miniatur rewelacja), które ponacinałam skalpelem na wzór oryginału.


  




I oczywiście gablotka z taksydermią. Nietoperza wycięłam ze sztucznej skórki i - minimalnie uprzestrzennionego - nakleiłam na zdjęcie gablotki (ostatecznie starłam mu te białe ząbki, bo wyglądały jak wyjątkowo głupowate oczka). Chrząszcze trochę podmalowałam. Żeby nie było - gablotka jest z zapałek i ma szybkę  (miód jest dla słabych, trzeba żuć pszczoły, czyli printable to za mało :D). A i tak mam ochotę zrobić do niej drugie podejście.


Witness me! ;)

 



c.d.n.