sobota, 18 marca 2017

Studenckie życie



W ramach odpoczynku od Sherlocka - kolejny projekt z serii PRL. Roombox, nad którym pracuję już od dłuższego czasu, ale dopiero teraz porobiłam zdjęcia.




Większość mebelków wypatrzyłam na Allegro, na aukcji jednej z koleżanek miniaturzystek ;). Jak tylko zobaczyłam ten półkotapczan, te szafki bez drzwiczek i drzwiczki bez gałek, od razu wiedziałam, że muszę mieć ten zestaw, że wiem, co chcę z niego zrobić - pokój studencki! Taki we współdzielonym wynajętym mieszkaniu, którego właściciele od jakichś czterdziestu lat nie zmienili umeblowania.
Must have w takich wnętrzach to - oprócz peerelowskich mebli - wykładzina w kolorze błota (w świetlicy w podstawówce też taka była). W moim miniaturowym wnętrzu grana jest przez nabyty w Empiku kawał filcu w kolorze (hłe, hłe) "stare złoto".



Może tego nie widać na fotach (trochę jasne wyszły), ale ściana z kolei jest w popularnym kolorze jajecznym.
Są też "kontakty w niewłaściwych miejscach".




Stoliczek nocny ma fantastyczne podniszczenie - odciśnięte, a właściwie wżarte w plastik kółko. Nie wiem, jak powstało w rzeczywistości, w moim świecie studenci spalili poprzedni czajnik (a może to była grzałka używana niezgodnie z zasadami BHP?). Boombox i czajnik to gotowe miniaturki, które trochę podrasowałam - do obu dorobiłam przewody, magnetofon przemalowałam (był biały), dzbanek zyskał podstawę i pokrywkę z modeliny. 





Zbliżenie na biblioteczkę - księgozbiór na razie skromny, ale planuję więcej książek i wszelakich papierów.

 


Ma też być sporo jedzenia - studenci potrzebują energii. Jedną z pierwszych miniatur, jakie zrobiłam pod ten projekt, była pizza. Z oliwkami, pieczarkami i lekko już zaskorupiałym serem (pierwsze próby z Fimo liquid):





Widok ogólny. Więcej jedzenia, więcej naczyń, pizza zyskała karton:




W śmietniku ślady libacji, nad biurkiem tablica korkowa z korkowej podkładki pod kubek. W roli pinezek - łebki od szpilek:




Okno wymaga jeszcze wykończenia, będzie też kaloryfer pod parapetem. (Ponieważ nigdzie nie można kupić gotowych kaloryferów z epoki, zaczęłam dłubać własny, prace trwają).

Tutaj przypadkowo załapał się na zdjęcie karnisz, jeszcze niezamontowany. Oraz figmoludek, przybysz z Chin. Tylko pozuje - docelowo w pokoju mają mieszkać dziewczyny. Nie wiem jeszcze, co będą studiować ;).




I znów widok ogólny:






I mały update z kilkoma nowymi dodatkami:






Jedno wiem na pewno - będzie więcej bałaganu! ;)

c.d.n.



czwartek, 23 lutego 2017

Dwie Afryki i zasłona milczenia


Najnowszy, czwarty sezon Sherlocka BBC wywołał we mnie liczne silne i niekiedy sprzeczne emocje, z przewagą jednakowoż solidnego WTF. Naprawdę lubię ten serial (OK, zawsze miał swoje niedociągnięcia i nieraz wymagał zawieszenia niewiary, ale nigdy do tego stopnia), tym bardziej więc nieswojo się czułam, zwłaszcza po obejrzeniu odcinka nr 3. Podobała mi się gra aktorów i rozwój emocjonalny postaci, ale na litość, dlaczego fabuła musiała być aż tak durna?

Kota nie miała takich dylematów. Kocie nic nie przeszkadzało:


(No ale ona będzie oglądać WSZYSTKO, co się jej pokaże w telewizorze).

Ostatecznie uznałam, że należy spuścić zasłonę milczenia na cały ten sezon. Na Mary, która nie umie w przewracanie ludzi, na Johna przykutego do studni i Eurus-Holmes-Zdupy-Wziętą. Przypuśćmy, że to był tylko sen Sherlocka i że za jakieś trzy lata dostaniemy sezon 5, w którym wszystko wróci do normy, shall we?
Na odtrutkę obejrzałam sobie "Skandal w Belgravii". A potem, pokrzepiona na duszy i umyśle, zmontowałam Sherlockowi szafkę.



Tę szafkę. Piękny mebelek, na oko gdzieś z lat 60.-70. (te nóżki!).




Zdjęcie to zrzut ekranu z googlemapsowej wycieczki po 221B Baker Street. (Swoją drogą, jestem tą wycieczką zachwycona, genialny pomysł. Teraz mogę odwzorować mieszkanie Sherlocka w każdym szczególe - i pielęgnować własną obsesyjno-kompulsywność, bo skoro da się zrobić wszystko idealnie, to zapewne tak to zrobić powinnam.) 
Wprawdzie szafka z mapsów jest mocno zabałaganiona, ale nic to - grunt, że wreszcie mogłam  dokładnie obczaić jej kształt.

Moja własna szafka Sherloczna (minimalnie węższa od oryginału, a miało być perfekcyjnie, hmm...) powstała z plastikowego pudełka, które kupiłam za 3 złote w Tigerze.


 

Oraz z balsy.



Wnętrze oryginalnej szafki jest lustrzane, więc moją atrapę okleiłam cynfolią:




Balsowe części już pomalowane, schną.




Ostatni etap - dodatki. Urządzając wnętrze szafki, wzorowałam się na uporządkowanej wersji z sezonu pierwszego. Najbardziej pomocne zdjęcie, jakie znalazłam, pochodzi ze strony http://nixxie-fic.tumblr.com/ :


Starałam się ustawić wszystko mniej więcej podobnie, chociaż paru elementów jeszcze mi brakuje, a niektóre (m.in. mosiężne czajniczki) będą podmieniane na doskonalsze wersje.



Ryciny i tablice z grzybami to printable, dokładnie takie jak w serialu (jacyś dobrzy ludzie skądś je wzięli i wrzucili do internetu). Z rękodzieł własnych jest kilka książek i dwa wazoniki z fimo.
Wiatrak to gotowa miniaturka sprowadzona z Chin, przemalowałam go tylko na srebrno, bo pierwotnie wyglądał tak:


Jest jeszcze globus - element biżuteryjny, który pomalowałam częściowo na czarno, żeby upodobnić go do oryginału. Chociaż w zasadzie i tak jest podobny zupełnie do niczego (no, może trochę do globusa Polski) - został złożony z dwóch identycznych połówek, więc to jedyny na świecie globus z dwiema Afrykami. I Azjami. I całą resztą. Mam nadzieję, że Sherlockowi, biorąc pod uwagę jego wiedzę ogólną (np. w kwestii Układu Słonecznego), nie zrobi to różnicy.



Dolna szuflada ma uchwyty z fimo. I jest wysuwana (tak tylko mówię).

Tu trochę lepiej widać kształt boku:



Wkrótce pokażę szafkę w towarzystwie innych mebelków, ale to jeszcze za moment - kominek chwilowo przechodzi renowację :).

czwartek, 15 grudnia 2016

Całkiem gotowa łazienka

Ponieważ nałogowo zaczynam coraz to nowe projekty miniaturowe (tak, następny już czeka w kolejce), uznałam, że warto wrzucić tu jakiś dowód na to, że czasami jednak coś zaczętego kończę ;).

Dowodem jest łazienka (będzie dużo zdjęciospamu):


 


W zasadzie skończyłam ją już dość dawno, ale jakoś nie mogłam się zebrać, żeby ją w tej ostatecznej odsłonie pokazać. Ze wszystkimi ozdobnikami i detalami (jak, powiedzmy, szczotka ze szczotki). No i przede wszystkim - z oświetleniem.

Za oświetlenie robi lampka do lampionu, na bateryjkę, groszowa sprawa. Nie pamiętam już, kto na miniaturkowej grupie fejsowej podzielił się wiedzą o występowaniu takich lampek na Allegro, ale jestem wdzięczna za to podzielenie.





Ostatecznie wysiedliłam z łazienki Faceta (po ulepieniu Dziada i Baby, a co za tym idzie, zyskaniu wyższego skilla lepicielskiego, uznałam, że nie jest godzien, żeby go pokazywać szerszej publiczności). Teraz w łazience mieszka chiński Pieseł. Jest dopasowany kolorystycznie i wprowadza odpowiednią dawkę abstrakcji.










No i, last but not least, umożliwia robienie durnego Kadru Przez Pieseła.






Jest też kaczka. Przyduża. Możliwe, że mandarynka (czyli też chińska).






 


Dziuganie kaczki palcem dla zobrazowania skali:


 


Wiem, że bateria wannowa już kiedyś była, ale odczuwam potrzebę chwalenia się nią.







Odjazd kamery, żeby kibel się załapał. I szczota.










A po drugiej stronie...





Zapas papieru toaletowego, mydła (Tukan i For You), kremu Nivea i proszku do prania (Ixi oraz Cypisek). 
No i Frania, żeby było gdzie te proszki wsypywać.





Na środku modelinowa micha. Z michy jestem dosyć dumna ;)







Niniejszym pierwszy projekt 1:12 uważam za zakończony. (No dobra, prawie. Kiedyś jakiegoś - na pewno nie całkiem realistycznego - wykończenia doczekają się też ściany zewnętrzne roomboksu, ale to dopiero wtedy, kiedy będę już miała cały planowany zestaw wnętrz w klimatach PRL.)





c.d.n.





sobota, 3 grudnia 2016

Przekładaniec

Są tacy bohaterowie, którzy powinni występować w dwupakach, bo inaczej coś nie gra, nie żre i nie styka. Sherlock Holmes bez Johna Watsona zasadniczo nie ma sensu, jak Flip bez Flapa i fish bez chipsa. Ponieważ jednak Underground Toys, nie wiedzieć czemu, wypuściło na rynek tylko figurkę Sherlocka, trzeba było wziąć sprawy w swoje ręce. I wzięłam - udłubałam sobie własnego Johna, popełniając tym samym pierwszy (no dobra - pierwszy w miarę udany) figurkowy custom w życiu.

Oto John. John Watson.


  


Podczas powstawania Johna ucierpiały trzy figurki. O te:






 
Czarny auton dał ciała. Mistrz dał włosów i kurtki. A Bilbo Baggins dał buzi.







Historia powstawania Johna jest krwawa i dramatyczna. Występują w niej odcięte głowy, wyrwane z pleców wdzianka i zdarte skalpy. Musiałam użyć zdrowej dawki przemocy. I noża. I zestawu dłut. Oraz kleju do sklejania promów kosmicznych.





Dziełu zniszczenia przyglądał się zadumany Sherlock z płaszczem łopoczącym na wietrze.





Pojawili się także, gościnnie oraz od czapy, niezależni eksperci w swych latających maszynach.








- Seriously, Sherlock, WTF? 
- The game is... something.



A potem z chaosu wyłonił się John. Cały na biało. W stosownym dla Johna stroju. Trochę jeszcze słaby.
O lasce.





Ze świeżą blizną na szyi i nieco zwichrzonym włosem.
Ale zdecydowanie podobny do siebie. Znaczy - do Martina Freemana (ale już mniej do Bilba).






Fish&Chips nareszcie w komplecie.
(Ale nie johnlock. Zabierzcie ode mnie johnlocki.)





c.d.n.

środa, 2 marca 2016

John Kosmata Stopa i jego fotel



Zrobiłam kolejny mebelek na Baker Street - fotel Johna.




"Zrobiłam" to może zresztą za duże słowo. Raczej przerobiłam gotowy fotelik, o taki:



Pochodził z chińskiego zestawu mebelków z Netto, był dość sympatyczny, ale to obicie w kwiaty niespecjalnie mi pasowało do jakiegokolwiek projektu - delikatnych romantycznych wnętrz raczej nie urządzam, nie moja bajka. Do przeróbki nadawał się idealnie. W Empiku kupiłam kawałek filcu bordo. Oryginalny fotel Johna nie jest wprawdzie całkiem gładki, ma jakieś wytłaczane kwiaty, ale kolor się mniej więcej zgadza. Materiał inny niż filc nie bardzo wchodził w rachubę ze względów technicznych.
Nową tapicerkę przykleiłam, bo szyć nie umiem ani trochę. Szycie wymaga robienia pomiarów. Mierzyć niby umiem, ale bardzo nie lubię. Zasadniczo w moich miniaturowych działaniach nie mierzę niczego, wszystko - łącznie z cięciem drewna - robię na oko, z nadzieją, że jakoś to będzie. I zwykle jest.
Całą akcję tapicerską przeprowadziłam, używając tylko nożyczek i kleju. Niczego nie mierzyłam, niczego nie liczyłam, cięłam i kleiłam na żywioł.

Praca w toku:



Odłupałam oryginalną podstawę fotela - była za wysoka, poza tym potrzebowałam nadać całości trochę inny kształt - fotel Johna musi sprawiać miękkiego i wysłużonego. Nową podstawę zrobiłam z wieczka od drewnianego kuferka. Zmieniłam też - przez naklejenie kilku warstw filcu - kształt podłokietników.




I gotowy fotel:



Dodałam jeszcze niezbędne akcesoria - kraciasty kocyk i poduszkę z Union Jackiem. Przy okazji zaliczyłam spektakularnego faila w dziedzinie transferu (skoro mądrzy ludzie w internetach piszą, że drukarka powinna być laserowa, to widocznie powinna). Dlatego chwilowo do zdjęcia pozuje biedapoduszka - Union Jack jest narysowany na płótnie zwykłymi flamastrami. Będę zmieniać.




A tu ideał, do którego dążyłam:


W zasadzie brakuje mi już tylko Johna.
Ale i na to znajdzie się sposób:



:)